Od czasu premiery na początku marca zdaje się, że o „Pokopii” – najnowszym spin-offie growej serii „Pokemon” – powiedziano już niemal wszystko. Gra szturmem zdobyła serca fanów i krytyków, stając się nie tylko najlepiej ocenianą odsłoną serii w jej 30-letniej historii, ale i murowanym kandydatem do tytułu gry bieżącego, 2026 roku (idąc na Metacritic, z wynikiem 89/100, łeb w łeb z „Resident Evil: Requiem”). W tej chwili, niemal miesiąc po premierze, „Pokopia” błyskawicznie znika ze sklepowych półek, a w Internecie nie brakuje głosów ludzi, których to właśnie ten tytuł nakłonił do zakupu drugiego Nintendo Switcha. Czy faktycznie ten niesłabnący hype wokół „Pokemon: Pokopia” jest uzasadniony? Zdecydowanie tak – developerzy z Omega Force, znani dotychczas z serii „Dragon Quest Builders”, w połączonych siłach z Gamefreak udowodnili bowiem, że nawet w tak „skostniałej” gameplayowo serii, jak „Pokemon”, można przedstawić nowe, porywające rozwiązania narracyjne i mechaniki. Wystarczy jedynie… ogromna miłość do materiału źródłowego i samych wirtualnych stworków, którym to w „Pokopii” oddano pierwsze skrzypce. W serii, która dotychczas zachęcała nas do ciągłych walk i levelowania, przyszedł czas na… czilowanie w pokemonowej dystopii, sadzenie drzew i budowanie domków. Nie dajcie się jednak zwieść – głębia rozgrywki, choć niepozorna, jest tutaj doprawdy olbrzymia.
Pokemonowe życie, pokemonowe sprawy i… pokemonowa tajemnica?

Trzon rozgrywki nowego exclusive’a od Nintendo jest bardzo prosty. Jako przybierający człowieczy kształt pokemon Ditto budzimy się z długiego snu w świecie opuszczonym przez ludzi, który na pierwszy rzut oka przypomina zgliszcza po bliżej nieokreślonej katastrofie. W towarzystwie przyjaciela, profesora Tangrowth, wyruszamy więc w wędrówkę mającą na celu stopniową odbudowę wolnych od ludzkiej ingerencji siedlisk, aby zapewnić dom spłoszonym, pozostawionym samym sobie pokemonom. Każdy kolejny region zaoferuje nam więc nie tylko masę nowych, wirtualnych przyjaciół, ale również szczątkowe odpowiedzi na temat tajemniczego wydarzenia, które doprowadziło do zniknięcia wszystkich poketrenerów. Aby jednak odkryć pełny sekret, zmuszeni będziemy zadbać o odpowiedni poziom środowiskowy czterech unikalnych lokacji, dbając równolegle o satysfakcję kilkuset napotkanych „kieszonkowych stworków”. Brzmi przytłaczająco? Być może tak, ale uspokajam – „Pokopia” to przede wszystkim tytuł z nurtu gier relaksacyjnych (cozy games), w którym wszystko możemy wykonywać we własnym, niespiesznym tempie. Nic nie stoi więc na przeszkodzie, by zasiąść do gry na sesję pięciominutową, w trakcie której raptem podlejemy pola fasoli i stworzymy Bulbasaurowi jego ulubioną zabawkę, czy też… spędzić w tytule pół dnia, odbudowując zrujnowane miasto i zbierając tonę surowców. Niezależnie od stylu gry jest to jednak przede wszystkim tytuł, w którym każda spędzona minuta wyda nam się jeszcze bardziej satysfakcjonująca od poprzedniej, na co składa się precyzyjny projekt pętli rozgrywki.
Nie do końca „Animal Crossing”, a bardziej „Minecraft” z elementami life-sim

Bo widzicie – wokół premiery „Pokemon Pokopia” pojawiło się sporo głosów, że mamy tu do czynienia z reskinem innej popularnej marki Nintendo – „Animal Crossing”. Graczom zdawało się, że jak na wyspie Toma Nooka, w „Pokopii” zostanie nam oddany do dyspozycji pokaźny sandbox, który pozwoli na rozbudowę wyspy i rozwijanie relacji z napotkanymi pokemonami – i niewiele więcej. I choć „Pokopia” dzieli sporo podobieństw z najnowszą odsłoną AC, „New Horizons”, głębia rozgrywki i samej zawartości jest tu znacznie większa.
Założenia, owszem, są podobne, ale egzekucja – zgoła odmienna. I tu i tu dowolnie zmienimy swój wygląd i wypełnimy kieszenie mocą surowców do rytmów kojącej muzyki, lecz podczas gdy „Animal Crossing: New Horizons” stawia na integrację doświadczenia gracza z czasem rzeczywistym (często każąc mu czekać na dalsze możliwości progressu i dopasowując grę do idealnych, krótkich, codziennych wizyt), skala „Pokopii” jest większa i, szczerze mówiąc, znacznie bardziej imponująca. Bo i owszem, odbudowanie konkretnych budynków momentami również zajmie tu kilka godzin czy nawet dobę (to po prostu kolejny tytuł, w przypadku którego Nintendo nie przegapi żadnej okazji, by zaangażować nas na choć kilka minut każdego dnia), ale zawartości całościowej jest w „Pokopii” tyle, że raczej nigdy nie będzie nam to przesadnie przeszkadzać.
Pokemon? A może po prostu… przyjaciel?
Każdy pokemon (a jest ich tu znacznie więcej, niż można by się spodziewać – niemalże dwukrotnie więcej niż przyzwyczaiła nas do tego każda nowa generacja) charakteryzuje się nieco innym charakterem, każdy ma inne potrzeby i każdy mieszka w odmiennych warunkach. Jasne, łańcuch ich potrzeb czy czasem i dialogów bywa dosyć zbliżony, ale szybko zorientujemy się, że developerzy z Omega Force w przypadku „Pokopii” bardzo dopieścili ich wzajemne interakcje czy sposoby wypowiadania się, co szczególnie widać na przykładzie takich ulubieńców fanów, jak Magikarp czy startery z Kanto – Bullbasaur, Charmander i Squirtle. Cieszy również, że twórcy przy wyborze bohaterów do „Pokopii” sięgnęli także po mniej znane postaci z późniejszych generacji, nadając im w oczach fanów oryginalnej tożsamości (moje serce szczególnie podbili Drillbur i Trubbish). Wszystkie pokemony, będące tutaj tytułowym bohaterem zbiorowym, skutecznie przejmują stery narracyjne i wychodzą z dotychczasowego cienia swoich trenerów, aby przypomnieć nam, dlaczego cały świat do tej pory zakochuje się w tych uroczych stworkach. „Kieszonkowe potwory” w „Pokopii” pełne są wdzięku i charakteru nie tylko dzięki dopracowanym dialogom, ale również urokliwym animacjom, co czyni każdą interakcję z nimi naprawdę przyjemną i sprawia, że nie tylko będziemy je często odwiedzać (i robić sobie masę pomysłowych selfie), ale również bardzo szybko zapragniemy zebrać je wszystkie.
Sandbox w pełnym tego słowa znaczeniu

Aby to zrobić, koniecznie będzie posuwanie fabuły do przodu poprzez wykonywanie prostych, unikalnych do konkretnych poksów przysług i odbudowę kolejnych siedlisk, co do wyglądu których napotkamy częste wskazówki podczas eksploracji mapy. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by w każdym momencie fabułę porzucić i oddać się odkrywaniu mechanik na własną rękę – choć na początku za bardzo tego nie polecam, bo szybko można się poczuć przytłoczonym ogromem możliwości. Life-simowa otoczka rodem z „Animal Crossing” w połączeniu z craftingiem została tu bowiem uzupełniona rozbudowanym systemem konstrukcji ala „Minecraft” oraz odblokowywaniem unikalnych umiejętności wybranych pokemonów, co ułatwi nam zarówno odbudowę środowiska naturalnego i zwiększenia jego poziomu, jak i pozwoli puścić wodze wyobraźni i komponować własne, kompleksowe konstrukcje. I choć na początku zbudujemy raczej niewiele – ot, kamienne schodki czy drewniane drzwi – z każdym kolejnym odkrytym biomem gra odsłoni przed nami nowy wachlarz możliwości i przedmiotów, dzięki czemu pokonamy wcześniej niedostępne morze, wzbijemy się w powietrze, przywrócimy elektryczność czy wespniemy się na najwyższy ze szczytów. A na bardziej przyziemnym poziomie – zbudujemy większe domy dla pokemonowych przyjaciół, zawiesimy na ścianie obrazy, wykonamy wszystkie opcjonalne przysługi (czyli tutejsze misje poboczne) oraz dowolnie dostosujemy teren do własnych preferencji. I choć termin „sandbox” jest we współczesnych tytułach AAA zdecydowanie nadużywany, zapewniam Was – „Pokopia” przywraca pełne znaczenie tego słowa i przypomina nam, jak powinna wyglądać wirtualna piaskownica. A jeśli nie zechcecie się w niej bawić bez końca, nic nie szkodzi – sama fabuła z minimalną ingerencją w napotkany świat to solidne 30-35 godzin udanej zabawy. No, dodajcie do tego jeszcze z 20, jeśli celujecie w odkrycie całego Pokedexu. I może kilka kolejnych, jeśli postawicie sobie za cel odnalezienie kompletu znajdziek, które pozwolą Wam zapoznać się ze wszystkimi sekretami porzuconego przez ludzi świata. O zwiększeniu komfortu życia wszystkich pokemonów czy zwiedzeniu dodatkowych, obfitych w unikalne surowce „wymarzonych światów” już nawet nie wspomnę… Ponadto, jak we wspomnianym „New Horizons”, twórcy przygotowali czasowe eventy, które posłużą nam za dobrą wymówkę, aby cyklicznie wracać do tego tytułu. Ostatnio zakończył się pierwszy, związany z odwiedzinami w naszym świecie Hoppipa wraz z limitowanymi czasowo itemkami piknikowymi. Potencjał całego świata pokemonów jest tak ogromny, że na pewno na tym pierwszym się nie skończy.
Wydajność techniczna
Pod kątem wydajności nie ma się do czego przyczepić – „Pokopia” działa w solidnych 60 klatkach na sekundę zarówno w docku (w upscalowanej rozdzielczości 4k), jak i w handheldzie (1080p). Gdzieniegdzie można zauważyć spadki płynności, jeśli w polu widzenia znajdzie się masa pokemonów jednocześnie, ale nie jest to nic, co znacząco uprzykrza rozgrywkę. Może to drobnostka, ale liczę za to, że twórcom uda się z czasem usprawnić czas ładowania – ten bywa dosyć długi. Niemniej w trakcie samej gry dosyć rzadko na niego natrafimy (jedynie podczas szybkiej podróży między regionami), więc dosyć łatwo o tym zapomnieć. Inną sprawą jest stosunkowo szybki drenaż baterii w handheldzie, który pozwala na średnio dwie i pół godziny ciągłej sesji przed koniecznością podładowania sprzętu w docku – ale to już, niestety, bolączka samej konsoli, aniżeli „Pokopii” konkretnie.
Łyżki dziegciu w łyżce miodu?

Czy jednak, mimo powyższych zachwytów, „Pokopia” to gra idealna? Nie, ale wszelkie mankamenty, jak ten wspomniany wyżej dotyczący loadingów, są tak naprawdę dosyć drobne. Po drugie – przydałby się usprawniony, ujednolicony system magazynowania surowców. W tym momencie mamy do dyspozycji skrzynie, które możemy dowolnie rozstawić i zapełnić w każdym biomie, co po dłuższych sesjach prowadzi do dezorientacji i nerwowego zastanawiania się „gdzie ja, do cholery, zostawiłem tę potrzebną do bieżącego questu wełnę”? Jasne, nic nie stoi na przeszkodzie, by od początku umiejętnie organizować wszystkie surowce, ale z drugiej strony – gracz nie powinien być karany za dogłębną eksplorację, a co za tym idzie – szybkie zapełnianie kieszeni surowcami i koniecznością często odłożenia ich, gdzie popadnie. Myślę jednak, że twórcy prędzej czy później zaproponują jakąś sensowną aktualizację, która storage system usprawni – tym bardziej, że mamy tu do czynienia z tytułem zdecydowanie pomyślanym pod kątem długiej żywotności. Wielka szkoda również, że w tej chwili „Pokemon Pokopia” nie doczekało się jeszcze polskiej wersji językowej, przez co tytuł wyklucza najmłodszych graczy, którym zdecydowanie mógłby porwać serca. To jednak nie zarzut konkretnie do gry, a do samego Nintendo, które to jeszcze nigdy nie pokusiło się na polonizację żadnej gry z serii „Pokemon”. Może niedawno zapowiedziane „Winds & Waves” w końcu to zmieni?
Podsumowanie
„Pokopia” to tytuł doprawdy rewelacyjny, który już teraz staje się dla drugiego Nintendo Switcha system sellerem – i zupełnie mnie to nie dziwi. Dopięcie całości pod ostatni guzik (nie napotkałem ani jednego buga), masa satysfakcjonującej zawartości z wciągającymi mechanikami na czele oraz urokliwa oprawa graficzna składają się na tytuł nie tylko oddający odpowiedni hołd tytułowym pokemonom, ale również mający szansę rozbudzić na nowo do nich miłość wśród dawnych fanów. Sam, odkąd po raz pierwszy uruchomiłem produkcję Omega Force, wróciłem do „Pokemon Go”, zainteresowałem się pokemonowym TCG (czego Waszym portfelom zdecydowanie nie polecam) i na nowo wciągnąłem się w przygody Asha Ketchuma przy pierwszej serii anime.
„Pokopia” pokazuje, że pokemania nigdzie się nie wybiera – ona tylko, przy tak kompetentnych i unikalnych grach jak ta, zyskuje na sile. Życzę sobie i wszystkim fanom tej marki, aby Gamefreak utrzymało tę wzniesioną po „Pokopii” falę i w przyszłym roku dostarczyło nam równie satysfakcjonującą odsłonę głównej serii w ramach jej już dziesiątej, jubileuszowej generacji. Ale nawet, jeśli pokręcimy na nią nosem, nic nie szkodzi – Ditto i jego pokemonowi przyjaciele z pewnością zostaną z nami i Nintendo na dłuższą chwilę.
Ocena: 9/10
Recenzja powstała na bazie egzemplarza recenzenckiego otrzymanego od wydawcy, Nintendo.





