Przez lata to było jak klątwa: jeśli coś powstawało na podstawie gry – pewnie będzie słabe. Każdy gracz to znał. Wychodził film/serial na podstawie ulubionej gry i… zamiast ekscytacji – cringe, rozczarowanie i pytania „kto to w ogóle zatwierdził?”. Ale coś się zmieniło. I to poważnie.
W ostatnich latach adaptacje gier zaczęły być… dobre. A czasem wręcz świetne.
Kiedyś to bolało
Zacznijmy od przeszłości – Resident Evil, Far Cry, Doom, Hitman, Assassin’s Creed… lista jest długa, a większość z tych produkcji miała jedno wspólne: rozminęły się z tym, co gracze kochali w oryginałach. Zamiast klimatu, dostawaliśmy dziwne fabuły, plastikowe efekty i postacie, które z pierwowzorem miały tyle wspólnego, co NPC z głównym bohaterem.
Problem? Twórcy filmowi traktowali gry jak pretekst – „weźmy tytuł, wrzućmy trochę efektów i jakoś to będzie”.
Ale coś pękło
I wtedy przyszło nowe rozdanie. Najpierw Castlevania od Netflixa – animacja, która była brutalna, stylowa i… wierna duchowi gry. Potem Arcane – czyli LOL-owy prequel, który zachwycił nawet ludzi, którzy nigdy nie grali w League of Legends. Nagle okazało się, że da się zrobić adaptację z szacunkiem do źródła.
Kulminacja? Oczywiście The Last of Us od HBO. Serial, który nie tylko trzymał poziom – ale momentami przebił grę pod względem emocjonalnym. Nie trzeba było znać fabuły z pada, żeby dać się wciągnąć.
Dlaczego to się w końcu udaje?
Bo twórcy zaczęli:
- Słuchać graczy, a nie ich ignorować.
- Współpracować ze studiem gry (jak HBO z Naughty Dog).
- Rozumieć świat gry – klimat, bohaterów, tempo.
- Nie odtwarzać gry 1:1, ale budować na jej fundamentach.
Poza tym, gry same w sobie stały się bardziej filmowe. Dobre scenariusze, mocne dialogi, świetne aktorstwo -to już nie wyjątki, tylko standard w dużych tytułach.
Co jeszcze wyszło dobrze?
- Cyberpunk: Edgerunners – szalony, brutalny, stylowy. Studio Trigger + CD Projekt = złoto.
- Halo (mieszane opinie, ale…) – przynajmniej nie próbuje być tanim cosplayem.
- Twisted Metal – totalne zaskoczenie, bo to przecież gra o samochodowym chaosie, a wyszedł z tego zaskakująco oglądalny serial.
Czy wszystkie gry da się dobrze zekranizować?
Nie. I nie trzeba. Nie każda gra to gotowy materiał na serial. Ale klucz to intencja: jeśli twórcy wiedzą, co chcą powiedzieć, i szanują źródło – można zrobić cuda.
Czasem adaptacja nie musi być dokładna – wystarczy, że będzie duchowo zgodna z grą. Tak jak Arcane – przecież to nie gameplay z LOL-a, ale świat i emocje się zgadzają.
Co nas czeka?
Adaptacji będzie tylko więcej. Na horyzoncie:
- Fallout (Amazon Prime)
- Gears of War (Netflix)
- Death Stranding (produkcja w toku)
- Horizon Zero Dawn, God of War, Ghost of Tsushima…
Rynek się uczy. A my – gracze – możemy się tylko cieszyć.
Podsumowując
Adaptacje gier w końcu zaczęły się udawać. Po latach filmowych porażek przyszedł czas, gdy gry trafiają na ekrany z szacunkiem, pomysłem i jakością. To dopiero początek – ale wygląda na to, że tym razem jesteśmy po dobrej stronie historii.




