Gramy Szybko, Pomagamy Skutecznie (GSPS) to od lat jedyna taka inicjatywa speedrunerska na polskiej scenie, która konsekwentnie zrzesza miłośników przechodzenia gier na czas. Maraton, odbywający się od jakiegoś czasu co pół roku w Wieliczce, zawsze składa się z kilku intensywnych dni, w trakcie których uczestnicy stawiają przed sobą kolejne, na pierwszy rzut oka niemożliwe zadania (no bo, zapytacie, jak to jest możliwe przejść główny quest w Skyrimie w mniej niż dwie godziny?), a wszystko to w celu zebrania środków na wsparcie charytatywne wybranej fundacji. We wrześniu tego roku, kiedy to odbyła się już 21. edycja GSPSu, beneficjentem został Antydepresyjny Telefon Zaufania Fundacji ITAKA. To jednak nie jedyny powód, dla którego wrześniowa odsłona była dla nas specjalnym wydarzeniem – to również pierwszy GSPS, którego jako GamingScan zostaliśmy patronem medialnym oraz jednocześnie… nieoczekiwanym uczestnikiem. Zapraszam do przeczytania pełnej relacji z wydarzenia.
Retrowycieczki do dzieciństwa
Atmosfera, jak to u „maratończyków” można się spodziewać, od początku jest napięta. Stałą lokalizacją GSPu od jakiegoś czasu jest sala konferencyjna w wielickim Hotelu Lenart, która od stół do głów wypełniona jest pecetami, retrokonsolami czy planszówkami. Podczas gdy sercem wydarzenia jest oczywiście transmitowana online scena z kolejnymi śmiałkami dążącymi do bicia personalnych lub światowych rekordów, GSPS nie polega jedynie na śledzeniu kolejnych punktów z harmonogramu; to cała, specjalnie przygotowana dla graczy przyjazna przestrzeń, w której możemy w pełni oddać się growym zapędom. Gdy przyjrzałem się pierwszym stanowiskom i spostrzegłem, że na PSX załadowany był akurat uwielbiany przeze mnie z dzieciństwa Hugo: Czarodziejskie Zwierciadło, od razu poczułem się tu jak w domu. A takich retrowycieczek w przeszłość jest tu więcej; w trakcie GSPS 2026 zagrać można było m.in. w Colin McRae Rally 2.0 (nawiasem, tu też znalazł się śmiałek, który ukończył kampanię w zaledwie 25 minut), klasycznego Tetrisa czy inne gry, które pewnie znacie, ale akurat nikt w danym momencie nie pamięta ich tytułu. Jeśli więc zależy Wam na doświadczeniu retro, to samo to w sobie pewnie przekona Was, że warto odwiedzić Wieliczkę w przyszłości.

Jakby to powiedział Klocuch, czas na „naczaśników”
No, ale danie główne to speedruny, stąd też należy poświęcić im osobny akapit. Mozaika gier i sposobów przechodzenia ich we wrześniowej edycji była bardzo zróżnicowana; w menu znalazło się m.in. Resident Evil: Code: Veronica X (w sam raz przed nadchodzącym w 2027 remake’iem), słusznie kultowe i wciąż rozgrywane na nowo Mirror’s Edge, Portal czy nawet The Sims 4 w nietypowej formie: odblokowania ukrytej Grilled Cheese Aspiration w 18 minut. Znalazły się tu też wyzwania dosyć hardcorowe, takie jak ukończenie ultratrudnej I Wanna Kill The Kamilia 2 WARPED czy jednoosobowa orkiestra w postaci uczestnika mierzącego się z Clone Hero przy pomocy kontrolera-gitary, po którego to występie do tej pory zbieram szczękę z podłogi.

45 minut wbijania kołków w serce w mieście Redfall
Ekipa GamingScan z kolei, w składzie ja (Duplo), Dawida (PotatoThere) i Kuby (Sandacza) rozpoczęła niedzielny poranek od trenowanego od wielu miesięcy runa do Redfalla – tak, dokładnie tej felernej grze o wampirach od Microsoftu, o której słusznie teraz nikt nie pamięta. To właśnie my – jedni powiedzą, że desperaci, inni, że śmiałkowie – postawiliśmy sobie za cel ukończenia pierwszej połowy gry w mniej niż 45 min w trybie lokalnej kooperacji, co wymagało przywiezienia ze sobą i podłączenia pod wspólne Wi-Fi trzech Xboxów Series. Nie da się ukryć, że podczas tego runa los (czy raczej zabugowany od premiery kod samej gry) rzucał nam bardzo dużo kłód pod nogi – dość powiedzieć, że nigdy w trakcie trwających kilka miesięcy przygotowań nie byliśmy zmuszeni tyle razy resetować grę, co 12 września 2026 w Hotelu Lenart – ale ostatecznie wyszliśmy z tego starcia z całkiem niezłym wynikiem 50 minut (z estymowanych 45). Czy mogło pójść lepiej? Jasne, że tak, ale nie o to chodzi – tego dnia w Wieliczce chodziło o współpracę, poczucie misji i tę adrenalinę, gdy udaje się striggerować (lub nie) wyuczony na pamięć, kolejny exploit. Udało mi się zachęcić do śledzenia naszych zmagań na żywo kilku znajomych i satysfakcja z tego, że nasz występ, choć nieidealny, żywo przyczynił się do zwiększenia puli dotacji w trakcie naszego slotu, jest naprawdę nie do opisania. Nie dajcie się zwieść, gra jest koszmarna i obcowanie z nią z innego powodu, niż ten run czy po prostu kooperacyjna zabawa ze znajomymi, mija się z celem, ale było to doświadczenie bardzo pozytywne i symboliczne; to właśnie Redfall trzy lata temu był grą, dzięki której zaczęliśmy z chłopakami regularnie ogrywać kolejne tytuły po sieci i kilka lat później to właśnie ten tytuł doprowadził nas na główną scenę GSPSu. Życie jest bardzo ironiczne, ale w tym przypadku to naprawdę fajny i myślę, że zapadający w pamięć na dłużej zbieg okoliczności.

Doświadczenie grupowe
I nie byłby taki, gdyby nie stworzona wokół GSPS społeczność. Uczestnicy maratonu to pasjonaci, którzy traktują swoje zadanie bardzo poważnie, ale wiedzą też, kiedy i jak wyluzować. Dobrym tego świadectwem z naszej wizyty wydaje mi się sobotni wieczór, kiedy zebrana wokół stołu ekipa zasiadła do wspólnej gry w Team Fortress 2, jednocześnie oglądając transmisję na żywo z trwającego w tym samym czasie Blizzconu. Fajne, wspólnotowe doświadczenie, kiedy to – popijając już, nie pytajcie którego tego dnia, Monstera – poczułem, że na moment jestem częścią czegoś więcej, niż tylko „grania w gry przed telewizorem”, jak czasem lubią trywializować to hobby osoby z zewnątrz.
Rytmika, czyli miejsce, w którym szybko zwątpiłem w swoje zdolności muzyczne
Jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc całego GSPS była bez wątpienia strefa gier rytmicznych, która przez większość wydarzenia praktycznie cały czas była zajęta. Największe zainteresowanie budził Band Hero, przy którym do dyspozycji uczestników były nie tylko gitary, ale również mikrofon i pełnoprawna perkusja. Bardzo szybko tworzyły się więc spontaniczne zespoły, których poziom muzyczny bywał mocno zróżnicowany, ale za to poziom zaangażowania niemal zawsze pozostawał maksymalny. I chyba właśnie o to chodziło najbardziej – nie o perfekcyjne wyniki, a o możliwość wspólnego grania, śpiewania i robienia wokół siebie całkiem sporo hałasu. Na tym jednak oferta tej strefy zdecydowanie się nie kończyła. Obok znajdowały się stanowiska z matami do tańczenia, DJ Hero z dedykowanym kontrolerem przypominającym miniaturową konsolę didżejską, a także kilka bardziej egzotycznych tytułów. Jednym z nich była jakaś azjatycka produkcja podobna właśnie do DJ Hero, w którą można było grać we dwie osoby. Do dziś nie mam pojęcia, jak dokładnie się nazywała, ale wiem jedno – bawiliśmy się przy niej absurdalnie dobrze. Były też stanowiska z kontrolerami przypominającymi niewielkie pianina, przy których szybko wychodziło, kto ma wyczucie rytmu, a kto jedynie lubi sobie wmawiać, że słoń mu na ucho nie nadepnął. Cała ta sekcja miała w sobie coś wyjątkowo przyciągającego. Nawet jeśli ktoś początkowo tylko przechodził obok, bardzo łatwo było zatrzymać się „na chwilę”, a potem nagle ocknąć się kilkadziesiąt minut później z gitarą w rękach albo na macie do tańczenia. I chyba właśnie dlatego praktycznie cały czas ktoś tam grał – nie trzeba było być fanem konkretnego tytułu, żeby po prostu dobrze się bawić.

Planszówki – od szybkiej partyjki, po kampanie zajmujące pół sali
Równie mocno żyła sekcja z grami planszowymi, która była chyba najlepszym dowodem na to, że GSPS nie kończy się na speedrunach i konsolach. Wybór był naprawdę spory – od prostych, szybkich tytułów, które można było rozłożyć na kilka czy kilkanaście minut, przez bardziej rozbudowane gry strategiczne, aż po ogromne kampanie, których komponenty zajmowały po dwa rozłożone stoły i wyglądały tak, jakby ich ukończenie wymagało nie tyle wolnego wieczoru, co małego urlopu. Nam najbardziej przypadło do gustu Na skrzydłach, do którego wracaliśmy kilka razy w trakcie całego wydarzenia. To zresztą dobrze pokazuje, jak działała ta strefa – można było przyjść na chwilę, znaleźć coś prostego i szybkiego albo przeciwnie, usiąść do czegoś większego i zniknąć na kilka godzin. Niezależnie od poziomu skomplikowania praktycznie zawsze znalazł się ktoś chętny do wspólnej gry, i właśnie to było największym plusem całej sekcji. Nie trzeba było przychodzić ze swoją ekipą ani wcześniej umawiać się na konkretny tytuł. Zawsze trwała jakaś partia, do której można było dołączyć, a jeśli ktoś chciał zacząć własną, zwykle bez większego problemu znajdował się ochotnik. Dzięki temu planszówki nie sprawiały wrażenia dodatku ustawionego gdzieś na uboczu, ale pełnoprawnej części całej imprezy i kolejnego miejsca, w którym bardzo łatwo było poznać ludzi albo po prostu spędzić kilka godzin przy stole.

Podsumowanie
Co jeszcze zapadło mi w pamięć? Cóż, energetyki, energetyki, energetyki. Trochę rozregulowałem w trakcie GSPS swój rytm dobowy, no ale cóż, tak to już na imprezach popkulturowych bywa; po co spać, kiedy można cały czas poświęcić swojemu ulubionemu hobby? GSPS to naprawdę nie tylko wysoce rozrywkowa, ale i szlachetna inicjatywa (ostatecznie Antydepresyjnemu Telefonowi Zaufania Fundacji Itaka przekazano aż 52 572 zł!) – i jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, to w 2027 zdecydowanie powinniście poświęcić jej więcej uwagi.





