Lucky Shot. Rogalikowy strzał w dziesiątkę? [RECENZJA]

Lucky Shot robi coś, czego na rynku roguelite’ów jeszcze nie grali – łączy mechanikę pierwszoosobowej strzelanki z sukcesywnym rozwijaniem buildu między kolejnymi rundami ala Balatro. Zamiast kart – pociski, zamiast jokerów – naginające zasady holo, a zamiast kart tarota – graffiti czy czary.  Zaintrygowani? I słusznie, bo ten prosty koncept, który w całości obsługujemy za pomocą myszy, potrafi wciągnąć i dzięki retro stylistyce (odwołującej się np. do Duck Hunt) tworzy naprawdę przyjemnego rogalika z syndromem „jeszcze jednego runa”. Choć w obecnej chwili trudno oprzeć się wrażeniu, że Lucky Shot stanowi bardziej ciekawostkę na kilka godzin niż kolejne next best thing w tym gatunku, niemniej jest to ciekawostka obiecująca i godna uwagi.

Pif, paf

Gameplay, jak już wspomniałem, sprowadza się do wyzwań zręcznościowych w postaci zestrzeliwania celów. Każda runda to ok. 10 sekund, w trakcie których musimy ustrzelić jak najwięcej pomykających po ekranie tarcz, zwiększając przy tym bazę punktową i, w przypadku celności, również mnożnik. Następnie przechodzimy do sklepu, gdzie zakupimy ulepszenia, aby uzbroić się przed kolejnym poziomem – i tak w kółko, aż dotrzemy do kończącego dany stage bossa, którego pokonanie wiąże się ze specjalnymi zasadami. Brzmi znajomo? Brzmi i jest, bo sama struktura rozgrywki bardzo przypomina Balatro – i dobrze, bo adaptacja jej na potrzeby Lucky Shot zwyczajnie działa. Runy są przez to szybkie i bardzo sprzyjają „zepsuciu gry” poprzez dobre dobranie ulepszeń zwiększających mnożnik i łatwość samego strzelania. A strzelanie jest tu kluczowe – podczas gdy w Balatro przez kilka pierwszych rund przejdziemy łatwo nawet na podstawowych jokerach, w Lucky Shot przy niecelności łatwo o skuchę. Gameplay jest tu znacznie bardziej dynamiczny i wymagający, ale dla fanów shooterów nie powinien sprawić większego problemu.

Budowanie arsenału 

Warto poświęcić chwilę temu, co możemy zakupić pomiędzy kolejnymi rundami. Choć w grze mamy do czynienia z bronią i kojarzącymi się z nią przedmiotami, Lucky Shot to w zasadzie… klasyczny deckbuilder. Zamiast kart mamy specjalne pociski, które pozwolą nam np. na wybuchowe serie czy zamrożenie celów (i zwiększą magazynek, dzięki czemu oszczędzimy nieubłagane chwile potrzebne na jego przeładowanie), jednorazowe napoje pozwolą nam m.in. spowolnić upływ czasu lub zwiększyć bazową punktację, holo – tutejsze jokery – wprowadzą trwałe efekty dot. kolejnych runów, a czary i graffiti nagną zasady gry, losując co jakiś czas ułatwiający lub urozmaicający rozgrywkę efekt. Na początku każde przejście odblokuje przed graczem kolejne pule powyższych buffów, a synergie między nimi (często dzięki nieoczywistym zależnościom) potrafią zaskoczyć. Oczywiście, jak to w tego typu rogalikach bywa, satysfakcja z odkrywania kolejnych buildów jest naprawdę spora, a sama gra często zachęca do eksperymentowania z oferowanymi możliwościami. W połączeniu z dynamizmem i przyjemną estetyką, wszystko to robi bardzo pozytywne pierwsze wrażenie i skutecznie zachęca gracza do kolejnych podejść.

Dużą zasługą tego jest kolorowa, przyjemna sensorycznie retro estetyka. Dźwięki charakterystyczne dla analogowych automatów, nawiązania wizualne do dawnych gier czy ikonografii Windowsa oraz muzyka rodem z 16-bitowych konsol robią robotę. Poczucie estetyki w Lucky Shot jest, nomen omen, naprawdę celnym strzałem.

Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi

Mój podstawowy problem z grą objawia się jednak nieco później. Jasne, mamy tu również możliwy do odblokowania całkiem spory inwentarz broni (podstawowa, prosta pukawa, karabin czy shotgun, itd.), który czasem sprowokuje nieco inny styl gry. Wiadomo, przy szybkostrzelnej spluwie skupimy się na liczbie zestrzelonych celów, a przy strzelbie: na dobraniu takich ulepszeń, by każdy strzał trafił jednocześnie kilka tarcz. Lecz mimo tego wszystkiego, rozgrywka dosyć szybko staje się dosyć trywialna. Główną przyczyną jest małe zróżnicowanie wyzwań stawianych przez bossów i losowość, od której bardzo zależy przebieg początkowych rund. W oczekiwaniu na idealne holo czy czar, początkowa faza rozgrywki zawsze będzie wyglądać tak samo, co przy dłuższych sesjach może nieco zmęczyć. Z kolei jeśli już trafimy na dobry buff, zazwyczaj wydają się one odpowiednio zbalansowane, żeby nie pozwolić nam „zepsuć gry” zbyt szybko; koniec końców perspektywa sukcesu i tak sprowadzi się do naszej celności lub jej braku. Choć więc Lucky Shot to rogualite, warto pamiętać, że bardzo duży nacisk położony jest tu na zręczność. 

Strzał w kolano?

Choć możliwych do stworzenia buildów jest masa – i to stanowi zdecydowanie najjaśniejszy punkt całego gameplayu – nadrzędny cel zawsze sprowadza się do tego samego: zdobycia jak największej liczby punktów, co, siłą rzeczy, wymaga od nas po prostu celnego strzelania. Brakuje mi w obecnej formie nieco większego twistu w samej formule FPS; np. wyzwań polegających na obronie celów czy tarcz, których pokonanie wiązałoby się z nieoczywistymi warunkami. Teoretycznie zaburzyłoby to prostotę gameplayu, ale widzę w tym sporą szansę na dodanie całości głębi, która czyni ze wspomnianego Balatro czy CloverPit tytuły, do których tak chętnie chce się wracać. W tej chwili Lucky Shot to niezły rogalik, przy którym można spędzić kilka owocnych godzin, lecz nie wykorzystujący pełni potencjału swoich własnych założeń. I trochę szkoda, ale niebanalny koncept w połączeniu z niskim progiem wejścia i pomysłowością buildów i tak powinny zapewnić grze oddane grono fanów. Jestem bardzo ciekawy, jak twórcy rozwiną ten koncept w przyszłości.

Grę do testów otrzymaliśmy bezpłatnie od wydawcy za pośrednictwem platformy #keymailer (https://www.keymailer.co/), co nie miało żadnego wpływu na treść powyższej recenzji. Lucky Shot dostępne jest na Steamie.


Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *