„Tomodachi Life: Living the Dream”. Sielanka na przeludnionej wyspie [RECENZJA]

“Tomodachi Life: Living the Dream” to doprawdy fascynujący tytuł i dowód na wyjątkowość i siłę marek własnych Nintendo. Gra, która na papierze wydaje się być zupełnie pozbawiona głębi i na pierwszy rzut oka przypomina prostą mobilkę, okazuje się być doprawdy wulkanem kreatywnego humoru i przepełnioną frajdą piaskownicą. Piaskownicą z nieco wysłużonymi już grabkami i zaledwie kilkoma rodzajami wiaderek, ale przy odpowiedniej wyobraźni pozwalającej na zbudowanie imponujących pałaców – tym bardziej, jeśli spędzanie w niej czasu przeplatamy sobie innymi aktywnościami na podwórku. Choć nie jestem pewien, czy to trafna analogia. Biorąc pod uwagę potrzeby wirtualnych bohaterów, rozgrywka w nowe „Tomodachi Life” przypomina bardziej zarządzanie farmą ekscentrycznych, przesadnie dramatycznych mrówek.


Nadaj „Mii” kształtu

Pętla gameplayowa jest bardzo prosta. W „Tomodachi Life” wcielamy się w łamiącego czwartą ścianę „Stwórcę”, który konstruuje domek (lub w tym przypadku wyspę) dla swoich samoświadomych lalek. Łącznie nasz raj może zamieszkać 70 osobników, więc nic nie stoi na szkodzie, by tworzyć kolejne Mii na podobieństwo kogokolwiek – kolegów z pracy, członków rodziny czy celebrytów. Kreator postaci jest na tyle rozbudowany, że pozwala na łatwe puszczenie wodzy wyobraźni i dopracowanie naszych „ludzików” z dużą dbałością o szczegóły, a jednocześnie na tyle intuicyjny, że szybko możemy go przeklikać, aby sprawnie tworzyć kolejne avatary. Super dodatkiem jest też możliwość dodania naszym Mii farby na twarz, która pozwala upodobnić ich do dosłownie wszystkiego, co się nam zamarzy i czego potencjalnie nie przewidział sam kreator. Panel „make-upu” działa również dotykowo w trybie handheld, co nie zawsze jest najwygodniejszym rozwiązaniem z racji braku dedykowanego rysika (sporo się napracowałem, by moja Chappell Roan miała idealnie nałożone cienie), ale to i tak fajne, wspierające kreatywność uzupełnienie. Z samym kreatorem ze wszystkimi oferowanymi przezeń opcjami możecie się zresztą zapoznać w wersji demonstracyjnej (tak, „Living the Dream” to jedna z niewielu nowych gier od Nintendo, która otrzymała demo w eShopie!). Co ważne – z racji, że mamy tu do czynienia z tytułem przeznaczonym na pierwszego Switcha, „Tomadachi Life: Living the Dream” nie doczekało się na ten moment aktualizacji z myślą o najnowszej konsoli Nintendo, nie uświadczymy tu więc np. obsługi joycona-myszki. Trochę szkoda, ale myślę, że z racji popularności tytułu jest to wyłącznie kwestia czasu.

Gdy nadamy już naszemu ludzikowi unikatowy wygląd, czas na wybór cech charakteru na prostym wykresie, ustalenie preferencji seksualnych (brawo, Nintendo) i utworzenie unikalnego głosu. Panel tej ostatniej opcji jest co prawda nieco uproszczony, ale prosty suwak wskaźników (głębia, akcentowanie na początku lub końcu wyrazów itd.) i tak pozwala na uzyskanie dosyć sporo unikalnych kombinacji. A warto nad wyborem głosu chwilę się zastanowić, gdyż nasze Mii będą w „Tomadachi Life: Living the Dream” klepać swoimi małymi pyszczkami, aż miło. Z uwagi na charakter rozrywki zazwyczaj będzie to co prawda bredzenie, ale tym bardziej warto zadbać, by każdy mieszkaniec wyspy przemówił głosem idealnie dopasowanym do swojego charakteru. Nie musicie się jednak obawiać pomyłki – po utworzeniu Mii, w dowolnym momencie rozgrywki możecie edytować nadane mu wcześniej cechy, aby dopasować każdy poszczególny element postaci do swoich wyobrażeń. Albo, jak sami zainteresowani by to nazwali – sprawić, by „mogli stać się bardziej sobą”. 


Trochę Tamagochi, trochę „The Sims”

Następnie przechodzimy do elementu life-simowego, w którym gra przypomina młodszego brata „The Sims”. Wybieramy dla naszego podopiecznego wystrój domu, ubrania, karmimy go regularnie niczym tamagochi (poznając przy tym preferencje kulinarne wszystkich Mii) oraz zapoznajemy go z innymi mieszkańcami wyspy. Szybko uczymy się również projektować własne posiłki czy ubrania oraz spełniać kolejne, niezbyt wyszukane zachcianki (takie jak np. budowa płotu we wskazanym miejscu czy zmiana koloru płotu). Podobnie jak wspomniane tamagochi, nasze Mii bardzo lubią również proste gry (np. w „no repeats” czy „red light, green light”), a po wszystkim – najczęściej kładą się spać, gra posiada bowiem mechanikę realnego mijania czasu zgodnie z wybraną przez nas strefą czasową. Do dyspozycji gracza oddano również prosty „island builder”, narzędzie pozwalające na rozbudowywanie wirtualnej piaskownicy o kolejne wysepki i konstrukcje w systemie bloczkowym – proste, ale i bardzo satysfakcjonujące rozwiązanie, tym bardziej, gdy coraz większa populacja zmusi nas do odpowiedniego dopasowania przestrzeni. 

I w zasadzie na tym kończą się podstawowe elementy gameplayu upodabniające najnowsze „Tomadachi” do symulatorów życia – cała reszta, odblokowywana wraz z rozwojem poziomu zadowolenia naszych rezydentów oraz rozbudowy samej wyspy, to już czysta zjeżdżalnia w stronę coraz większego, rozbrajającego i stopniowo zwiększanego poziomu absurdu. I to właśnie wtedy produkcja Nintendo zaczyna błyszczeć.


Unikatowe poczucie humoru i system relacji

Największym selling pointem tytułu jest bez wątpienia unikatowe poczucie humoru, oparte w większości na wkładzie własnym ze strony gracza. Przykład? Mii, po zapoznaniu się z sąsiadami, bardzo często będą chcieli się z nimi zaprzyjaźnić – i wtedy to od nas, swojego „Stwórcy”, zasięgną porady, jaki powinni poruszyć temat rozmowy. A może to być absolutnie wszystko, „Tomodachi Life” pozwala nam bowiem wpisać własne słowa i całe frazy, które następnie zostaną wypowiedziane przez bohaterów we wskazanym przez nas kontekście. Całość opiera się więc na prostym, losowo generowanym szkielecie; ot, gdy zarzucimy temat, dajmy na to, „Nintendo”, ludziki zaczną prowadzić ze sobą jedną z wielu predestynowanych rozmów z użyciem naszego słowa klucz, pytając się np. siebie nawzajem, czy wolą „małe czy duże Nintendo” lub przechwalając się, że ich „Nintendo” wygrało konkurs na najlepszy przedmiot ubiegłego roku. Na papierze, a co za tym idzie, w tej recenzji, brzmi to dosyć sucho, ale uwierzcie mi – taka swoboda pozwala na naprawdę wiele unikatowych interakcji. Tym bardziej, że Mii zapamiętują frazy, które ich nauczymy i mogą później używać ich w losowych momentach i w dodatkowych, nieujawnionych wcześniej kontekstach. 

Temat, który zaproponujemy, nie zawsze będzie jednak początkiem pięknej przyjaźni. Czasem może stać się również kością niezgody lub odblokować jeden z wielu losowych, humorystycznych skryptów. Bohaterowie mogą się w sobie zakochać, znienawidzić (choć to akurat nieczęste – mimo wszystko żyjemy w ułudzie sielanki) lub zbliżyć do siebie platoniczne na tyle, że zechcą razem zamieszkać. Początkowe fazy ich zapoznania raczej koordynujemy my (najczęściej dosłownie rzucając ich obok siebie nawzajem), ale później coraz częściej będziemy mogli obserwować losowe interakcje, których będzie o tyle więcej, o ile więcej stworzymy rezydentów i atrakcji. Wyspa w „Tomodachi” cały czas żyje i choć moja skrupulatność pozwoliła mi na razie na stworzenie zaledwie 20 Mii, już teraz czuć, że cały czas coś się dzieje – a co dopiero, gdy ktoś zbliży się do limitu (70). Warto dodać, że w przypadku „Tomadachi Life: Living the Dream” twórcy nie zastosowali żadnego filtra cenzurującego, przez co wkład własny gracza dot. interakcji między postaciami jest niczym nieograniczony. Z tym was zostawiam – z pewnością każdy sam odkryje, jak wykorzystać go najlepiej. Dodam, że cenzura jest tu tak mocna, że Nintendo nie pozwala nawet na dzielenie się zrzutami ekranu, stąd wszystkie zdjęcia, jakimi okraszyłem ten tekst, pochodzą z materiałów promocyjnych.


Podnoszenie poziomu zadowolenia postaci i rozwoju wyspy = jeszcze więcej absurdu

Wzajemnie interakcje bohaterów, ktore czynią z „Living the Dream” tak popularny tytuł wśród zagranicznych streamerów, to jednak nie wszystko. Developerzy z Nintendo posunęli się w swoim humorze znacznie dalej, cały czas mając jednak na względzie przede wszystkim humor postaci. Przykład? Gdy spełnimy życzenie naszego Mii i będziemy dbać o zapewnienie mu regularnych posiłków, poziom zadowolenia bohatera będzie wzrastał, co pozwoli na „level up”. Wtedy stajemy przed wyborem, jak rozdysponować nowo zdobyte „punkty” – czy wybrać dla bohatera unikatowy prezent z dostępnej (i stale rozwijanej) puli, czy podarować mu nowe ubranie, czy… nauczyć go nowej, unikatowej cechy, określanej jako „little quirks”. W ramach „quirków” możemy wybrać np. sposób, w jaki nasza postać będzie się poruszać, jeść, witać się z pozostałymi, i tym podobne. Wchodząc na kolejne poziomy, możemy również uczyć Mii kolejnych wyrażeń, używanych np. zawsze na początku czy końcu zdania i po prostu powiedzonek, kiedy np. będą szczególnie szczęśliwi lub wyjątkowo źli. W ten sposób, zanim się obejrzycie, Wasz znienawidzony kolega z pracy, którego zdecydujecie się przenieść do wirtualnej piaskownicy, będzie coraz bardziej przypominał swoją rzeczywistą wersję. Jednocześnie gra jest zaprojektowana w taki sposób, aby nie onieśmielać nas opcjami – nic nie stoi na przeszkodzie, by „levelować” tylko wybrane postaci, a do pozostałych wrócić, gdy będziemy już mieli na nie dobry pomysł czy po prostu chęć. Jasne, w ogólnym rozrachunku zarządzamy całkiem sporą społecznością, ale cały czas na własnych warunkach – mówimy tu koniec końców o grze bez odgórnie narzuconego celu, która idealnie nadaje się do krótkich sesji między obowiązkami.  

Gdy już rozwiniemy trochę naszych bohaterów, stopniowo zwiększać się będzie również poziom samej wyspy. I tutaj również staniemy przed wyborem kolejnych modyfikacji czy zabawnych dodatków – w puli znajdą się m.in. nowe prezenty dla naszych Mii, kolejne quirki, elementy struktury miejskiej (polecam sprężynowce) czy bilety na egzotyczne wakacje. Z czasem odblokujemy też kolejne konstrukcje – studio telewizyjne (w którym codziennie możemy obejrzeć podsumowanie życia islanderów w formie skrótu al’a „Wydarzenia 24”), restaurację (miejsce idealnie dopasowane do wielu dramatycznych spotkań, w tym np. wyznań miłości), studio fotograficzne (pozwalające na wykonywanie unikatowych fotografii naszych ulubieńców) czy diabelski młyn. Jest tego sporo, ale w zależności od obranego stylu gry, dochodzimy tu do największej pułapki tytułu – niezbyt rozbudowanej (w wersji premierowej) zawartości. 


Mało contentu?

Bo widzicie – ja w „Tomodachi” bawię się świetnie i cały czas odkrywam w grze nowe rzeczy, ale mam na liczniku dopiero 20 godzin i traktuję tytuł jako „dodatek”, którym najczęściej nie spędzam więcej niż godziny w trakcie jednego posiedzenia. I ten styl gry doskonale się tutaj sprawdza, bo nie oczekuję od gry Nintendo ciągłych skoków dopaminy, a jedynie stałej dawki unikatowego humoru, który w małych dawkach pewnie będzie mi towarzyszył jeszcze wiele miesięcy. Jeśli jednak ktoś podejdzie do gry, oczekując rozbudowanej zawartości na kilkadziesiąt godzin, szybko może poczuć się rozczarowany. Interakcje z bohaterami, choć zabawne, dosyć szybko stają się wtórne i przebiegają według stałych, nieidealnych schematów – element zapoznania się bohaterów zawsze jest taki sam, co inaczej odbieramy, podchodząc do każdego spotkania jak do fajnej okazji na krótki roleplay, a inaczej, gdy postawimy sobie cel poznania każdego z każdym. Podobnie jest z levelowaniem. Jeśli każde zwiększenie poziomu bohatera potraktujemy jako okazję do nadania mu unikatowej cechy charakteru, zabawy jest tu od grona. Jeśli jednak zechcemy „maksować” wszystkie możliwości, to szybko napotkamy ścianę zawartości. „Tomodachi Life: Living the Dream” zwyczajnie nie ma tylu contentu, ile można by się początkowo spodziewać – a wielka szkoda, bo gra swoją pętlą gameplayową oferuje niemalże nieograniczony potencjał. Aż prosi się o takie dodatki, jak np. możliwość wysłania Mii do pracy (znając poczucie humoru twórców, pozwoliłoby to na wiele dodatkowych, zabawnych scenek), organizację cyklicznych wydarzeń (choć to może się jeszcze zmienić, wszak „kalendarz” gry wystartował zaledwie miesiąc temu) czy np. takie dodatki jak kino czy teatr, gdzie moglibyśmy podkręcić poziom absurdu, uwikłując naszych bohaterów w kolejne, nieprzewidziane odgórnie scenariusze. Podobnie jak wszyscy gracze, mam dużą nadzieję, że doczekamy się wielu cyklicznych aktualizacji, które jeszcze bardziej rozwiną drzemiący w „Living the Dream” potencjał.

Zaznaczam, że gra nie posiada również żadnej opcji grania po sieci, co wynika przede wszystkim z cenzury – twórcy prawdopodobnie chcieli uniknąć w ten sposób dzielenia się między graczami obraźliwymi treściami. W tego typu tytule zupełnie to nie dziwi, ale zważywszy na zażyłą relację Nintendo z trybami sieciowymi, warto mieć to na uwadze. Możemy jednak połączyć się z przyjaciółmi w trybie lokalnym, aby podzielić się unikatowymi, stworzonymi przez nas przedmiotami.


Podsumowanie

„Tomodachi Life: Living the Dream” to gra, która od momentu swojej premiery dostarczyła mi masę frajdy. Poczucie humoru twórców jest jedyne w swoim rodzaju, a tworzenie i rozwijanie każdego kolejnego Mii oferuje na tyle szeroki wachlarz unikalnych opcji, że wątpię, by zaproponowana „sielankowa wyspa” prędko opuściła dysk twardy mojego Switcha. Jednocześnie jest to jednak tytuł, która wymaga od gracza sporo własnego wkładu i kreatywności – bez tego predestynowane szablony interakcji nie będą miały takiej siły oddziaływania, jak chcieliby tego developerzy. Warto więc podejść do gry z otwartą głową i pozwolić sobie na czystą, niezobowiązującą zabawę, która pozwoli nam nieco cofnąć się w czasie do dzieciństwa i tworzenia wymyślonych scenariuszy przy użyciu zabawek. To właśnie w odwzorowanie tej indywidualnej swobody celuje „Tomodachi Life” i gra jest pod tym względem naprawdę udana i oryginalna.

Jednocześnie ciężko nie dostrzec jednak, że twórcy do tej piaskownicy zaprosili nas z mocno ograniczoną liczbą grabek. Rozgrywka daje radę nawet mimo narzuconych schematów czy skryptów, ale całościowej zawartości jest tu jednak znacznie mniej, niż po tytule „life-sim” można by się spodziewać. Mam dużą nadzieję, że zmieni się to z czasem i tytuł, podobnie jak np. „Animal Crossing: New Horizons”, otrzyma sporo bezpłatnych aktualizacji. Do tego czasu jednak ciężko pozbyć się wrażenia, że nasze „życie w raju” zostało ograniczone do ładnego, ale jednak umyślnie ograniczonego akwarium.

Ocena: 7,5/10


Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry