Be My Horde – nekromancja wciąga, ale horda potrzebuje więcej [RECENZJA]

Survivory mają w sobie coś wyjątkowo niebezpiecznego. Zaczynasz od niewinnego „zagram tylko jednego runa”, a chwilę później orientujesz się, że minęło zdecydowanie więcej czasu, niż początkowo zakładałeś. Be My Horde korzysta z tej doskonale znanej formuły, ale dokłada do niej własny, bardzo dobry pomysł. Zamiast samodzielnie eliminować setki przeciwników, robimy z nich własną armię, a obserwowanie rosnącej z każdą minutą hordy nieumarłych potrafi dać naprawdę sporo frajdy.

Z produkcją Polished Games zetknęliśmy się po raz pierwszy podczas targów DevGAMM w Gdańsku. Be My Horde praktycznie od razu wpadło nam wtedy w oko, a przy okazji mieliśmy możliwość porozmawiania z osobami stojącymi za projektem. Ostatecznie otrzymaliśmy od twórców również klucz do gry, za co serdecznie dziękujemy. Po dłuższym czasie spędzonym z Morianą mogę już powiedzieć, że pierwsze dobre wrażenie zdecydowanie nie było przypadkiem, choć obecna wersja gry nadal ma kilka elementów, które aż proszą się o dalsze rozwinięcie.

Be My Horde i nekromancja w roli głównej

W Be My Horde wcielamy się w Morianę, nekromantkę, której sposób na radzenie sobie z przeciwnikami jest stosunkowo prosty. Najpierw trzeba ich pokonać, później wskrzesić, a następnie wysłać przeciwko ich dawnym kompanom. W praktyce oznacza to, że przeciwnicy są jednocześnie naszym największym zagrożeniem i najważniejszym zasobem. To właśnie ten mechanizm stanowi największą siłę produkcji Polished Games. W typowych przedstawicielach gatunku rozwijamy przede wszystkim własną postać, dokładając kolejne bronie, pociski lub zdolności. Tutaj głównym narzędziem destrukcji staje się natomiast nasza armia. Moriana pełni rolę centrum dowodzenia, a kolejne grupy pokonanych wrogów zwiększają szeregi nieumarłych podążających za nią przez mapę.

Najlepsze momenty Be My Horde zaczynają się wtedy, gdy cały system nabiera rozpędu. Początkowo dysponujemy niewielką grupką sług i musimy uważać na większe skupiska przeciwników, ale po kilkunastu minutach sytuacja potrafi wyglądać zupełnie inaczej. Przez mapę przetacza się wtedy ogromna armia, która błyskawicznie pochłania kolejne grupy wrogów i natychmiast zamienia ich w następne jednostki. Efekt kuli śnieżnej działa tutaj naprawdę dobrze i właśnie wtedy gra daje najwięcej satysfakcji.

Nie tylko horda. Moriana również dostaje nowe możliwości

Wraz ze zdobywaniem kolejnych poziomów otrzymujemy ulepszenia, które pozwalają wzmacniać nie tylko samą hordę, ale również Morianę i elementy pojawiające się podczas eksploracji. Możemy zwiększać skuteczność jednostek, wyposażać nekromantkę w aury zadające obrażenia lub zamrażające przeciwników, a także wpływać na zawartość mapy. Wśród dostępnych ulepszeń znajdziemy chociażby zwiększenie liczby urn pozwalających odzyskać zdrowie czy specjalnych kręgów przyzywających dodatkowe jednostki. Dzięki temu zdobywanie kolejnych poziomów nie sprowadza się jedynie do zwiększania statystyk, a część wyborów faktycznie wpływa na przebieg konkretnego podejścia.

Najważniejsza nadal pozostaje jednak horda i to rozwijanie jej kolejnych jednostek daje największą satysfakcję. System dobrze współgra z głównym pomysłem na Be My Horde i pozwala poczuć, jak wraz z każdym kolejnym ulepszeniem nasza armia staje się coraz groźniejsza. Szkoda jedynie, że przy dłuższej zabawie liczba naprawdę odmieniających rozgrywkę kombinacji okazuje się nieco ograniczona. Co ważne, nawet w momentach, gdy wokół Moriany znajduje się ogromna liczba postaci, Be My Horde pozostaje zazwyczaj całkiem czytelne. Zdarzają się oczywiście sytuacje, w których przeciwnicy, miniony i efekty niemal całkowicie wypełniają ekran, ale nie miałem poczucia, że regularnie tracę przez to kontrolę nad tym, co się dzieje. W tego typu produkcji kontrolowany chaos jest zresztą częścią zabawy i tutaj zazwyczaj działa na korzyść gry.

Bossowie Be My Horde potrzebują więcej charakteru

Niestety rosnąca potęga hordy ma również swoją drugą stronę. Po odpowiednim rozwinięciu armii Be My Horde potrafi zrobić się zwyczajnie za łatwe, a najmocniej widać to podczas starć z bossami. Teoretycznie powinny być kulminacją kolejnych etapów i momentem, w którym gra sprawdza, jak dobrze przygotowaliśmy swoją armię, ale w praktyce często sprowadzają się przede wszystkim do ogromnych pasków zdrowia. Jeżeli docieramy do bossa z wystarczająco dużą hordą, trudno mówić o konieczności opracowywania konkretnej strategii. Podwładni otaczają przeciwnika i stopniowo pozbawiają go punktów życia, podczas gdy Moriana musi przede wszystkim pilnować własnej pozycji. Nie oznacza to, że starcia są całkowicie pozbawione emocji, ale zdecydowanie brakuje im mechanik, które rzeczywiście wymuszałyby zmianę sposobu gry.

Chciałbym, żeby bossowie częściej sprawdzali konkretną konstrukcję naszej armii, zmuszali do reagowania na specjalne ataki albo w jakiś sposób rozbijali bezpieczny schemat oparty na zgromadzeniu jak największej liczby sług. Obecnie duża część tych walk wygląda bardziej jak test wartości liczbowych niż faktyczna próba naszych umiejętności.

Więcej światów zrobiłoby Be My Horde bardzo dobrze

Największym problemem obecnej wersji Be My Horde jest jednak różnorodność. Gra oferuje dwa główne światy, w których znajdziemy po kilka kolejnych poziomów, ale w przypadku tej konkretnej produkcji znacznie chętniej zobaczyłbym więcej krain kosztem liczby etapów przypadających na każdą z nich. Nowy świat nie oznacza bowiem wyłącznie innego tła czy kilku nowych dekoracji. Zmieniają się również przeciwnicy, a ponieważ pokonani wrogowie mogą później trafiać do naszej armii, bezpośrednio przekłada się to na skład hordy i sposób prowadzenia rozgrywki. Właśnie dlatego większa liczba środowisk dawałaby Be My Horde znacznie więcej niż kolejne poziomy osadzone w tej samej krainie.

Po kilku podejściach zaczynamy bardzo dobrze wiedzieć, czego spodziewać się po danym świecie. Kolejne poziomy mogą zwiększać poziom trudności, ale nadal operujemy podobnym zestawem przeciwników oraz jednostek, które możemy wskrzesić. Zamiast dwóch światów po pięć etapów znacznie ciekawsze byłoby dla mnie kilka krótszych krain, regularnie wprowadzających nowych wrogów i tym samym kolejne możliwości budowania armii. Sam rdzeń rozgrywki pozostaje bardzo przyjemny. Problem polega na tym, że Be My Horde zbyt szybko przestaje pokazywać nowe zabawki, a w gatunku opartym na wielokrotnym rozpoczynaniu kolejnych runów różnorodność jest jednym z najważniejszych elementów utrzymujących zainteresowanie.

Jedna Moriana na wszystkie problemy

Z podobnym problemem wiąże się również brak większej różnorodności po stronie samej bohaterki. W wielu survivorach jednym z podstawowych sposobów odświeżania rozgrywki jest odblokowywanie kolejnych postaci. Nowy bohater oznacza zazwyczaj inną broń startową, unikalną zdolność albo całkowicie nowe podejście do budowania postaci podczas runa. W Be My Horde przez cały czas pozostajemy Morianą. Możemy zmieniać jej wygląd i podczas kolejnych podejść wybierać inne bonusy, jednak kosmetyczne modyfikacje nie wpływają w żaden sposób na gameplay, a poszczególne buildy nie zmieniają doświadczenia tak mocno, jak robią to różni bohaterowie w innych przedstawicielach gatunku.

Nie oznacza to, że Polished Games koniecznie powinno wprowadzać kilka nowych grywalnych postaci. Równie dobrze mogłyby pojawić się specjalizacje samej Moriany, które diametralnie zmieniałyby działanie nekromancji, wzmacniały konkretne typy jednostek albo wymuszały budowanie hordy w zupełnie inny sposób. Obecnie można eksperymentować z dostępnymi ulepszeniami, ale po pewnym czasie nadal wyraźnie czuć, że każde podejście opiera się na bardzo podobnym fundamencie.

Drzewko rozwoju kończy się zdecydowanie za szybko

Permanentna progresja pomiędzy kolejnymi podejściami początkowo działa bardzo dobrze. Be My Horde oferuje drzewko ulepszeń pozwalające wzmacniać Morianę i kolejne elementy rozgrywki, dzięki czemu nawet zakończony porażką run daje poczucie, że wykonaliśmy pewien krok naprzód. Problem pojawia się jednak stosunkowo szybko. Jeszcze podczas przechodzenia pierwszego królestwa udało mi się rozwinąć praktycznie całe dostępne drzewko, przez co późniejsza wyprawa do piekła straciła sporą część elementu progresji, a zdobywane zasoby nie dawały takiego poczucia celu jak na początku.

W grze opartej na wielokrotnym rozpoczynaniu nowych podejść jest to szczególnie odczuwalne. Dużą częścią przyjemności płynącej z survivorów jest świadomość, że nawet nieudana próba przybliża nas do kolejnego odblokowania lub ulepszenia. Be My Horde bardzo dobrze realizuje ten schemat na początku, ale obecne drzewko zdecydowanie przydałoby się rozbudować, aby progresja trwała przez większą część dostępnej zawartości.

Moriana ma charakter, choć humor nie każdemu przypadnie do gustu

Twórcy wyraźnie chcieli, żeby Moriana była czymś więcej niż anonimowym awatarem przemieszczającym się pomiędzy setkami przeciwników. Bohaterka regularnie komentuje wydarzenia i uczestniczy w dialogach, a jej osobowość jest mocno zaznaczona. Spora część humoru bazuje przy tym na dwuznacznościach i właśnie ten element niekoniecznie trafił w mój gust. Jest to jednak zdecydowanie kwestia subiektywna. Nie uważam dialogów za istotną wadę Be My Horde i jestem w stanie sobie wyobrazić, że charakter Moriany będzie dla części graczy dodatkowym atutem. Sam stosunkowo szybko zacząłem pomijać rozmowy i skupiać się przede wszystkim na tym, co przyciągnęło mnie do gry od początku, czyli samej rozgrywce i budowaniu coraz większej armii.

Na szczęście warstwa fabularna nie stoi na przeszkodzie osobom, które podobnie jak ja wolą skoncentrować się na gameplayu. Można potraktować ją jako dodatek do kolejnych runów, a nie element konieczny do czerpania przyjemności z produkcji.

Klimatyczna muzyka i oprawa pasują do nekromancji

Znacznie lepiej oceniam warstwę audiowizualną. Ręcznie rysowana oprawa dobrze współgra z lekko przerysowaną wizją nekromancji, a animacje prezentują się efektownie nawet wtedy, gdy liczba jednostek na ekranie zaczyna osiągać absurdalne wartości. Be My Horde potrafi wyglądać najlepiej właśnie w tych najbardziej chaotycznych momentach, kiedy nasza armia dosłownie zalewa przeciwników. Bardzo dobrze wypada również muzyka. Jest klimatyczna, odpowiednio energiczna podczas kolejnych starć i skutecznie uzupełnia tempo rozgrywki. W połączeniu z szybkim zdobywaniem kolejnych poziomów i rozbudowywaniem hordy pomaga osiągnąć charakterystyczny dla tego gatunku stan, w którym następny run bardzo łatwo zaczyna się chwilę po zakończeniu poprzedniego. Całość ma przy tym własną tożsamość wizualną. Be My Horde nie próbuje być kolejną kopią Vampire Survivors z podmienionymi sprite’ami, a stylistyka dobrze współgra z głównym pomysłem na grę.

Czy warto zagrać w Be My Horde?

Be My Horde ma przede wszystkim bardzo dobry fundament. Pomysł na wykorzystanie przeciwników jako zasobu i budowanie z ich zwłok własnej armii skutecznie wyróżnia produkcję Polished Games na tle ogromnej liczby survivorów. Rozrastająca się horda daje dużo satysfakcji, rozwijanie jednostek jest przyjemne, Moriana otrzymuje kilka własnych narzędzi wpływających na przebieg walk, a ulepszenia ingerujące w eksplorację mapy dodatkowo urozmaicają kolejne podejścia. Do tego dochodzą pasująca do charakteru gry oprawa, klimatyczna muzyka i gameplay loop, który potrafi skutecznie przykleić do ekranu.

Największym przeciwnikiem Moriany pozostaje jednak obecnie powtarzalność. Dwa światy nie wykorzystują jeszcze pełnego potencjału systemu rekrutowania pokonanych przeciwników, permanentne drzewko rozwoju można ukończyć zdecydowanie zbyt szybko, bossowie przy odpowiednio silnej armii stają się głównie workami punktów życia, a brak alternatywnych postaci lub równie znaczących specjalizacji sprawia, że kolejne podejścia nie różnią się od siebie tak bardzo, jak mogłyby. Trzeba przy tym pamiętać, że Be My Horde nadal jest projektem rozwijanym we wczesnym dostępie. I właśnie dlatego największą nadzieję daje fakt, że problemem nie jest sam fundament rozgrywki. Ten już działa naprawdę dobrze. Produkcja potrzebuje przede wszystkim więcej światów, większej liczby przeciwników, dłuższej progresji i kolejnych sposobów na budowanie swojej armii.

Za możliwość sprawdzenia gry dziękujemy Polished Games i trzymamy kciuki za dalszy rozwój projektu. Be My Horde już teraz potrafi zapewnić kilka bardzo przyjemnych godzin i ma własny pomysł na wyróżnienie się w niezwykle zatłoczonym gatunku. Teraz pozostaje dać Morianie więcej miejsc do podbicia i więcej powodów, żeby po kolejnym runie natychmiast rozpocząć następny.


Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *