Niektóre gry pamiętamy nie ze względu na konkretną mechanikę, ukończoną kampanię czy pokonanego przeciwnika, ale przez ludzi i chwile, które się z nimi wiążą. Dla mnie jedną z takich serii jest Heroes of Might and Magic. Chociaż swoją przygodę z „Hirołsami” zaczynałem jako dzieciak, który nie rozumiał do końca tego, co właściwie dzieje się na ekranie, kolejne godziny – a czasami całe noce – spędzone przed komputerem wystarczyły, żeby marka New World Computing została ze mną na znacznie dłużej. Dlatego „Heroes of Might and Magic: 30 lat legendarnej serii” od początku miało u mnie nieco łatwiejsze zadanie. Książka Neala Hallforda trafia bowiem dokładnie w tę część growej nostalgii, którą trudno sprowadzić wyłącznie do jakości poszczególnych odsłon. Jednocześnie na szczęście nie próbuje żyć jedynie wspomnieniami. To przede wszystkim bogata historia ludzi, pomysłów i decyzji, które doprowadziły do powstania jednej z najważniejszych serii strategii turowych.
Egzemplarz książki otrzymałem od wydawnictwa Gamebook, za co serdecznie dziękuję. Przy okazji wypada mi również uderzyć się w pierś – trochę czasu minęło, zanim udało mi się na dobre przy niej usiąść i zebrać wszystkie wrażenia. Paradoksalnie właśnie przy tej publikacji nie uważam jednak, żeby było to czymś złym. „30 lat legendarnej serii” nie jest książką, którą trzeba pochłonąć w dwa wieczory, odłożyć na półkę i już nigdy więcej do niej nie zajrzeć.
„Hirołsy” na pamięć
Moje pierwsze wspomnienia z Heroes of Might and Magic związane są oczywiście z trzecią odsłoną. Problem w tym, że jako dzieciak nie znałem jeszcze angielskiego na poziomie pozwalającym zrozumieć większość tego, co gra próbowała mi przekazać. Miałem jednak kumpla, trochę starszego ode mnie, który tłumaczył mi, co robią poszczególne opcje i jak właściwie powinienem grać. Później sporą część rzeczy robiłem już zwyczajnie z pamięci. Nie zawsze wiedziałem, co dokładnie oznacza napis na ekranie – wiedziałem za to, gdzie kliknąć. Brzmi absurdalnie, ale nie przeszkadzało nam to spędzać przy Heroes III całych godzin, a czasami nawet nocy. I chyba właśnie to najlepiej pokazuje, jak ogromną siłę miała ta seria. Potrafiła wciągnąć dzieciaka, który nie rozumiał nawet jej języka. Dopiero później, kiedy mogłem już świadomie wejść w jej świat, naprawdę dużo czasu spędziłem przy Heroes of Might and Magic V. Do dziś to właśnie „piątka”, obok kultowej trójki, jest jedną z tych odsłon, z którymi mam najmocniejsze wspomnienia. Sięgając po jubileuszową książkę trudno było mi więc całkowicie odciąć się od nostalgii. I jestem przekonany, że podobnie będzie w przypadku sporej części jej odbiorców.

Zanim pojawili się Herosi
Jedną z najlepszych decyzji autora było dla mnie to, że historia nie rozpoczyna się wraz z premierą pierwszego Heroes of Might and Magic. Zanim dochodzimy do właściwych „Hirołsów”, poznajemy ludzi odpowiedzialnych za ich powstanie, początki New World Computing oraz drogę prowadzącą do ukształtowania pomysłu, który później przerodził się w znaną nam serię. Dzięki temu zamiast encyklopedycznego: „w 1995 roku wyszła pierwsza część, później powstała druga, a następnie trzecia”, dostajemy znacznie pełniejszy obraz. Widzimy, skąd brały się kolejne idee, jakie doświadczenia mieli ludzie stojący za grami i w jaki sposób marka stopniowo nabierała kształtu. I właśnie takie historie zza kulis stanowią największą siłę tej książki. Hallford nie zasypuje czytelnika wyłącznie datami, nazwiskami i premierami. Dużo miejsca poświęca procesowi powstawania gier, ludziom odpowiedzialnym za ich konkretne elementy, pomysłom i problemom, z którymi musieli się mierzyć. Dla kogoś zainteresowanego nie tylko samymi Heroesami, ale również historią gamedevu, jest tu naprawdę sporo mięsa.
Jest co czytać, ale jest również na czym zawiesić oko
„Heroes of Might and Magic: 30 lat legendarnej serii” bardzo dobrze radzi sobie z czymś, z czym podobne publikacje mają czasami problem – zachowaniem balansu między książką a albumem. Tekstu jest dużo i zdecydowanie nie mamy tutaj do czynienia z artbookiem, w którym kilka zdań pełni jedynie rolę podpisu pod kolejnymi ilustracjami. Jednocześnie nawet dłuższe fragmenty regularnie przeplatane są grafikami, szkicami, projektami, renderami czy zdjęciami. Dzięki temu całość po prostu dobrze się czyta. Nie miałem poczucia, że 192 strony to za mało. Wręcz przeciwnie – przy takiej formie długość wydaje mi się bardzo dobrze dobrana. Publikacja przekazuje naprawdę sporo informacji, ale nie próbuje przy tym zostać akademicką monografią serii, w której na każdy kolejny temat przypada kilkadziesiąt stron. Dużą rolę odgrywa tutaj również samo tempo czytania. Można usiąść z książką na dłużej i pochłonąć kilka kolejnych rozdziałów, ale równie dobrze można przeczytać kilkanaście stron, zamknąć ją i wrócić po kilku dniach. Nic na tym nie traci. Powiedziałbym nawet, że właśnie w taki sposób najlepiej się z nią obcuje.

30 lat zamknięte w świetnym wydaniu
Trudno mówić o tej książce bez poświęcenia kilku zdań samemu wydaniu. Polska wersja przygotowana przez Gamebook robi świetne pierwsze wrażenie i utrzymuje je również po otwarciu. To duża, solidna publikacja w twardej oprawie, pełna kolorowych grafik i materiałów, które dzięki albumowemu formatowi mają miejsce, żeby odpowiednio wybrzmieć. I ma to znaczenie, bo ogromną częścią przyjemności płynącej z obcowania z książką jest po prostu jej oglądanie. Co jakiś czas podczas czytania człowiek zatrzymuje się na dłużej przy projekcie jednostki, grafice koncepcyjnej, zdjęciu czy innym materiale z historii serii. Czasami nawet zapomina się, że przed chwilą czytało się konkretny fragment, bo uwagę całkowicie przejmuje sąsiednia strona. W przypadku tańszego, oszczędniej przygotowanego wydania spora część uroku tej książki zwyczajnie by zniknęła. Tutaj forma naprawdę współgra z treścią.
Książka, której nie odkłada się po przeczytaniu
I dochodzimy do rzeczy, która ostatecznie najbardziej przekonuje mnie do tej publikacji. Po przeczytaniu ostatniej strony wcale nie miałem poczucia, że moja przygoda z nią się zakończyła. To nie powieść, którą poznajemy od pierwszej do ostatniej strony i później – nawet jeśli była świetna – odkładamy na regał. Do „30 lat legendarnej serii” można po prostu wracać. Wyciągnąć ją po kilku tygodniach, przekartkować, ponownie obejrzeć ulubione grafiki, przeczytać pojedynczą historię albo pokazać komuś jeden z projektów. Ba, jest w niej nawet trochę z eksponatu. To jedna z tych książek, które dobrze wyglądają na półce i które fan serii będzie chciał komuś pokazać. Nie tylko powiedzieć: „przeczytałem, była dobra”, ale rzeczywiście zdjąć ją z regału i otworzyć na konkretnej stronie. W pewnym sensie jest więc jednocześnie książką, albumem i kolekcjonerską pamiątką po trzydziestu latach jednej marki.
Czy warto?
Patrząc wyłącznie jak na zwykłą książkę, można zastanawiać się, czy tego typu jubileuszowe wydanie rzeczywiście jest warte swojej ceny. W przypadku fanów Heroes of Might and Magic odpowiedź wydaje mi się jednak dość prosta. Duży format, bardzo dobre wykonanie, ogrom ilustracji, szkiców i projektów, a przede wszystkim masa informacji i anegdot z historii serii sprawiają, że jest to publikacja, która daje znacznie więcej niż samo jednorazowe przeczytanie. I właśnie dlatego jej wartość trudno mierzyć wyłącznie liczbą stron. Nie jestem natomiast przekonany, czy polecałbym ją w ciemno komuś, kto z Heroes of Might and Magic nigdy nie miał większego kontaktu. Historia tworzenia gier nadal może być ciekawa, ale sporą częścią doświadczenia jest tutaj możliwość skonfrontowania czytanych historii z własnymi wspomnieniami. Zobaczenia grafiki i pomyślenia: „kurczę, pamiętam to”. Przypomnienia sobie jednostki, miasta albo konkretnej odsłony. W moim przypadku – powrotu pamięcią do czasów, kiedy nie rozumiałem połowy napisów w Heroes III, ale kompletnie nie przeszkadzało mi to w spędzaniu przy grze kolejnych godzin. I właśnie dlatego fani serii powinni przynajmniej zainteresować się tą publikacją.
„Heroes of Might and Magic: 30 lat legendarnej serii” nie próbuje zamknąć trzydziestu lat marki wyłącznie w suchym kalendarium. Opowiada o jej twórcach, pokazuje kulisy, pozwala zajrzeć do archiwów i obudowuje wszystko naprawdę bogatą warstwą wizualną. Długo zbierałem się, żeby w końcu napisać o niej kilka słów. Teraz już wiem, że nawet po napisaniu tej recenzji książka nie trafi po prostu na półkę. A przynajmniej nie na długo.






