Podczas gdy wielomilionowe koncerny prześcigają się w przekraczaniu budżetów i czasie produkcji swoich kolejnych gier – co nie zawsze idzie w parze z ich jakością – coraz częściej mówi się, że to właśnie scena indie konsekwentnie oferuje to, co tak w tym medium pokochaliśmy: unikatowe mechaniki i pasję wyczuwalną w każdym pikselu. Something to drink?, tytuł będący pozornie prostym symulatorem barmana, doskonale uosabia te cechy, oferując niedługie, ale satysfakcjonujące doświadczenie codzienności polewacza drinków. A wszystko to w uginającej się pod upływem czasu, pixel artowej oprawie i z kilkoma niespodziankami po drodze – Something to drink? oferuje bowiem nie tylko symulację barowej rutyny, ale również rozgałęziającą się w zależności od naszych wyborów fabułę i bogatą w sympatyczne interakcje. Może niezbyt pogłębioną, ale jak na grę za 39,99 zł, naprawdę zgrabną.
Co podać?
W grze wcielamy się w Tomka, świeżo upieczonego barmana w przybytku zwanym Męski Pub. Zgłębianie sztuki barmaństwa zaczynamy od prostego nalewania piw z lejaka, ale każdy kolejny dzień stopniowo dostarcza nam kolejnych wrażeń – w postaci bardziej skomplikowanych zamówień, trudniejszej do obliczenia reszty i żarliwiej pyskujących klientów. Tak jak wspominałem we wstępie, Something to drink? to częściowo symulator, więc powtarzalność rutynowych czynności to ważny element całego doświadczenia. W perspektywie 2D zostaje nam zaoferowany pulpit (pełniący rolę lady), w którym sprawdzimy menu, przygotujemy napoje i odpowiemy na zaczepki – i tak mija nam cały dzień. Proces obsługi, przebiegający jak w prawdziwym życiu, wymaga od nas przyjęcie zamówienia, zrealizowanie go, wyegzekwowania zapłaty (i konieczności wbicia odpowiedniej kwoty na terminal lub wydania reszty) i radzenia sobie z mniej lub bardziej rozgadaną klientelą. No, i jest też oczywiście szefostwo, które co jakiś czas sprawdza nasze postępy – i to właśnie w ramach tych postaci (głównie kobiecych menadżerek, Zuzy i w przypadku kilkudniowego zastępstwa w innym przybytku, Klaudii) rozgrywa się łącząca ze sobą wszystkie dni fabuła. Po zakończeniu każdej zmiany przechodzimy do ekranu podsumowującego zarobki danego dnia, po czym mamy możliwość zajrzenia do sekcji ulepszeń, gdzie np. opanujemy sztukę niespieniania browarów (pamiętajcie – lejemy tylko po ściankach) czy zakupu słoika na napiwki, co w przypadku miłej obsługi będzie pasywnie zwiększać nasz dochód.

Czasem wszystko, czego potrzebujemy, to przyjemne mechaniki
I do tego właściwie sprowadza się gameplay. Można by rzecz, że to tego typu mechanika ciekawostka na kilka minut, lecz developer, Adam’s Games, zadbał o to, by gra pełna była małych szczegółów, które skutecznie przyciągają do ekranu. Pierwszym z nich jest dopracowanie samej mechaniki lania napojów. Jest ona bardzo prosta – przy sterowaniu myszką (a warto wspomnieć, że Something to drink? wspiera również obsługę kontrolerem) sprowadza się do przytrzymania danej butelki przy pomocy lewego przycisku myszy i przechylania jej w odpowiednią stronę za pomocą klawiszy Q lub E. Diabeł tkwi jednak w szczegółach. Każda butelka ma nieco inny kształt, więc przelanie jej zawartości do wskazanego naczynia wymaga innego rodzaju precyzji. Krótko mówiąc: łatwo tu coś przelać i wylać (oraz przesadnie spienić), cieszmy się więc, że twórca, w pogoni za realizmem, nie zaimplementował również mechaniki mopowania. Sam gameplay jest całościowo naprawdę przyjemny, a przez brak przesadnego wyzwania (w postaci np. limitu czasowego), idealnie sprawdza się jako zabicie czasu między bardziej angażującymi tytułami.

Pyskata klientela
Dobrze wypadają tu również dialogi i interakcje z klientami. Znajdziemy tu całą oranżerię ciekawych charakterów: mrukliwego dziada komentującego każdy nasz ruch, pracowników korpo z rozkminami egzystencjalnymi, przygłupiego nauczyciela WF-u próbującego nieporadnie poderwać szkolną polonistkę, i tym podobne. W przypadku tego typu natrętów nasza praca nie kończy się na polaniu drinka, ale również na prostej wymianie dialogów, które zainspirują kolejne interakcje z tymi bohaterami. Przykładowo: jeśli namówimy smutnego korposzczura do rzucenia pracy i podążania za pasją, kilka dni później przyjdzie, by zapić smutki i pożalić się, że nie ma za co spłacić kolejnej raty kredytu. Ciekawym urozmaiceniem jest również możliwość reagowania na losowe sytuacje – gdy szemrany typ poprosi nas o przymknięcie oka na fakt, że dosypuje coś swojej towarzyszce do drinka, z miejsca możemy ją ostrzec i uratować przed potencjalną tragedią. Podobnie jest, gdy stały klient najpierw zjawi się z kochankiem, a potem z żoną – to od nas będzie zależeć, czy dochowamy jego tajemnicy, czy ujawnimy jego zdradę przed małżonką. Poza tymi niuansami, same dialogi często są również zwyczajnie zabawne i nie stronią od humoru, przez co całość do samego końca utrzymuje lekki, obyczajowy nastrój.

Fabuła, czyli polewanie polewaniu nierówne
Nasze rozmowy z klientami i szefostwem przełożą się również na rozwój fabuły; to od nas zależy, jak bardzo zdecydujemy się zbliżyć do menadżerki Zuzy i czy przyjmiemy ofertę pracy w ekskluzywnym klubie dla elit, czy zdecydujemy się pozostać „na starych śmieciach”. Nie są to może wybory na tyle rozbudowane, by czuć potrzebę przechodzenia gry po raz kolejny, ale są na tyle interesujące, że narracja do samego końca odpowiada na poczynania gracza i jest przez to zwyczajnie angażująca. Wspiera ją w tym również czas trwania: przy niespiesznym tempie, Something to drink? zajęło mi 6 godzin, co przy tak prostym gameplayu jest wystarczające, by wciągnąć, ale nie nadużyć gościnności gracza.
Przyszłość?
Something to drink? to przyjemna produkcja, która może nie zmieni waszego życia, ale może zaproponować przyjemną zmianę tempa między kolejnymi, przesadnie bodźcującymi grami budżetowymi. Brak wyzwania może co poniektórym doskwierać (przykładowo: gra w żaden sposób nie odniesie się do tego, czy do nalania jednego kieliszka drinki zużyjecie całą butelkę, więc niechlujstwo gracza w żaden sposób nie będzie karane), ale dla mnie osobiście to dobre rozwiązanie, które pozwala skupić się w pełni na płynności gameplayu i pomysłowym, humorystycznym dialogom. A że twórca na steamowym forum śmiało mówi o dalszym rozwoju – w postaci np. potencjalnego, rozbudowanego o elementy zarządzania trybie endless – można spodziewać się, że i gracze oczekujący symulatorskiej precyzji również w przyszłości znajdą w Something to drink? dla siebie sporo dobra. Niemniej, już w tej chwili jest to naprawdę przyjemny indyk, który nie powinien zmarnować Waszego czasu.
Grę do testów otrzymaliśmy bezpłatnie od wydawcy za pośrednictwem platformy Keymailer, co nie miało żadnego wpływu na treść powyższej recenzji. Something to drink? dostępne jest na Steamie.






