Paddle Paddle Paddle! Wiosła w dłoń i w morską toń

Jedna łódź, dwoje kolegów z wiosłem w dłoni i bezkresna, morska toń przed nimi. W tym krótkim zdaniu zamyka się cała esencja Paddle Paddle Paddle!, niewielkiego tytułu w całości stworzonego przez solo developera tworzącego pod nazwą Zoroarts. I choć jego najnowsza gra nie kryje swojej prostoty w formie, trzeba jej przyznać, że pomysł wyjściowy sprawdza się całkiem nieźle, szczególnie w kanapowej kooperacji.

Paddle Paddle Paddle!, czyli wiosłuj do utraty sił

Założenia są banalne: naszym zadaniem jest oto odpowiednie użycie obojgu wioseł, aby złapać rytm w poruszaniu się łodzią i unikać kolejnych przeszkód. Do tej prostej, arcade’owej mechaniki sprowadza się całe clue Paddle Paddle Paddle! W wersji na Nintendo Switch (którą to właśnie testowałem) za ruch każdego z wioseł odpowiadają triggery, dlatego, jak możecie się domyślać, o potknięcie – czy wystrzelenie w powietrze – tu bardzo łatwo. „Kampania” więc szybko sprowadzi się do powolnego progresowania od checkpointu do checkpointu i zręcznościowej adaptacji do kolejnych, wymyślnych wyzwań w 7 różnych biomach, których ukończenie twórca szacuje na ok. 6 godzin. Nie potwierdzę tego wyniku, gdyż w trakcie krótkich sesji (w których to w Paddle Paddle Paddle! gra mi się najlepiej) nie dotarłem jeszcze do końca, ale zawartość, jak na niską cenę produkcji, jest zdecydowanie zadowalająca – tym bardziej że pewnie wielu graczy, jak ja, zatrzyma się przy pewnych ryzykownych skrętach na nieco dłużej. A nawet, jeśli całość „łykniecie” w kilka godzin, to prawdopodobnie będzie znaczyło, że na tyle przypadła Wam do gustu ta zręcznościowa formuła, że okazjonalnie zechcecie do niej powrócić. 

Screen z gry "Paddle Paddle Paddle!" przedstawiający rozgrywkę

Aby to wiosłowanie nieco zróżnicować, twórca gdzieniegdzie poukrywał również kosmetyczne znajdźki w formie opcjonalnych nakryć głowy i dostępnych rodzajów łodzi, a wszystko to z myślą o dążeniu do jak największego, komediowego absurdu. I czasem nawet to działa, choć dla mnie i tak najbardziej ikonicznym momentem pozostaje wykrzyk na dwugłos, któremu oddają się nasi bohaterowie w przypadku porażki.  Oprócz tradycyjnej kampanii dostępny jest również poziom demonstracyjny (którego ukończenie oszacowano na ok. pół godziny) oraz, dostępna od kilku tygodni, zupełna nowość – tryb wyścigowy. Nie stanowi on niczego ponad przeniesienia mechaniki z kampanii na potrzeby wyścigów na trzech, pełnych zakrętów torach, ale hej – warto docenić popremierowe wsparcie, nawet (czy zwłaszcza) w tak małym tytule, jak Paddle Paddle Paddle! 

Wiosła w dłoń w kooperacji 

Przejdźmy jednak do najważniejszego. Gra sygnowana jest możliwością kooperacji, i słusznie, bo to właśnie wtedy – gdy podzielimy się połówkami joy-conów, po jednej na dane wiosło – całość nabiera największych rumieńców. Próba zsynchronizowania naszych ruchów z drugim graczem przypomina faktyczne wiosłowanie kajakiem, z wyjątkiem małego, drobnego szczegółu: przyspieszenia względem rzeczywistości o ok. 10x. Dążenie do precyzyjnego skrętu będzie więc, w teorii, podobne do znanych nam zza okna zasad fizyki, ale już parcie do przodu – znacznie szybsze, co też potrafi stanowić tu platformową przeszkodę. Z czasem dostaniemy możliwość sterowania nie tylko wąską szalupą, ale również większym okrętem, pontonem czy… dziecięcą zjeżdżalnią. Ominiemy w ten sposób topory, pułapki czy wodospady lawy, planując każdy ruch niczym właśnie w platformówce – i to nie takiej w stylu Kangurka Kao, a bardziej Super Meat Boya.

Możliwość lokalnej współpracy w gruncie rzeczy stanowi o sile rozgrywki; to głupkowaty tytuł, którego oprawa graficzna przywodzi na myśl produkcje dodawane kiedyś do płatków, ale potrafiąca przykuć do ekranu dzięki swojego prostemu, unikatowemu pomysłowi. Oczywiście ukończymy grę również w pojedynkę, ale nie będzie to już takie fajne – chyba, że dla speedrunnerów (czego raczej nie polecam, ale twórca o tym pomyślał i zamieścił nawet dedykowany licznik). Kooperacja możliwa jest również po sieci, ale tam – gdy nie możemy bezpośrednio nawrzeszczeć na naszego towarzysza – to już w ogóle musi być hardkor i logistyczne piekło. Niemniej nic nie szkodzi, aby spróbować.

Screen z gry "Paddle Paddle Paddle!" przedstawiający rozgrywkę oraz różnorodność łódek

Paddle Paddle Paddle! zdecydowanie nie zmieniło mojego życia, powiem więcej – nie jest to zresztą w ogóle typ gry, za którą na co dzień bym się obejrzał. Cieszę się jednak, że mogłem dać jej szansę, bo dostarczyła mi i towarzyszowi przed ekranem kilka chwil intensywnej, kreatywnej zabawy, której właśnie od tego typu niezależnych eksperymentów bym oczekiwał. Z racji na dosyć solidny poziom trudności raczej nie polecam sprawdzać tytułu z dziećmi, ale już z kolegą, żeglarzem, przy butelce rumu, jak najbardziej. Jest szansa, że szybko Wam się znudzi, ale jest też szansa, że zanim to nastąpi, zagwarantuje Wam kilka uśmiechów i arcade’owej satysfakcji. 

Powyższa recenzja powstała na bazie egzemplarza recenzenckiego na platformę Nintendo Switch zapewnionego przez agencję PR Hound.


Autor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *